Kolejnym Gościem naszego cyklu „Myślibórz – Punkt na Mapie, Miejsce w Sercu” jest:
Krzysztof Heering – wybitny muzyk, kompozytor, aranżer, wykładowca Uniwersytetu Muzycznego im. Fryderyka Chopina w Warszawie, twórca muzyki do tekstów między innymi Adama Kreczmara, Marka Majewskiego, Jana Jakuba Należytego, współpracujący z teatrem i kabaretem, autor książek o tematyce muzycznej, z myśliborskim „SMAKiem” związany jako juror i konsultant od początku istnienia tej wyjątkowej imprezy – podczas jej jubileuszowej 40. edycji otrzymał od Burmistrza Piotra Sobolewskiego symboliczny „Klucz do Bram Miasta”, kompozytor „Hejnału Myśliborza”.

Jacek Włosek (MOK) – Dziękuję, że zgodził się Pan na tę rozmowę.

Krzysztof Heering – Jak bym mógł się nie zgodzić, przecież z tym miastem i tą piękną imprezą byłem związany przez ponad połowę mojego artystycznego życia. Z tym miejscem wiążą się niezapomniane wspomnienia i najróżniejsze przygody, nie tylko artystyczne.

J.W. – W naszym cyklu przedstawiamy sylwetki osób ważnych dla Myśliborza, dla szeroko rozumianego rozwoju i promocji naszego miasta. Pan od ponad czterech dekad wytrwale „buduje” znaczącą pozycję Myśliborza w pejzażu życia kulturalnego i artystycznego naszego kraju. Ale zanim porozmawiamy o „SMAKu” i Pańskim spojrzeniu na to wydarzenie muzyczne, chciałbym cofnąć się w odległą przeszłość – czy w dzieciństwie przejawiał Pan jakieś szczególne zdolności i zainteresowania muzyczne?

K.H. – Muszę sprostować, bowiem odliczając trzy pierwsze i kilka ostatnich SMAKów, w których z wyjątkiem jubileuszowego, nie uczestniczyłem, wyjdzie chyba najwyżej trzydzieści pięć lat tego „budowania”. Wracając do drugiej części odpowiadam, że rzeczywiście wykazywałem duże zdolności muzyczne. Moja rodzina była bardzo muzykalna, babcia była pianistką z ukończonym warszawskim Konserwatorium Muzycznym, w klasie Aleksandra Michałowskiego. Moi rodzice grali na fortepianie, więc to chyba rodzinne. Mieliśmy w domu pianino i ja mając cztery lata nie przechodziłem obok niego obojętnie, wręcz przeciwnie, co usłyszałem jakąś melodię w radiu, musiałem ją zagrać. Rodzice zorientowawszy się, że wszystko gram i to prawidłowo, postanowili wysłać mnie w piątym roku życia na nauki. Nie wychodziło to dobrze bo ja powtarzałem na klawiaturze wszystko, co zagrały nauczycielki, w tym moja babcia, ale chyba byłem za mały na czytanie nut i je nawet znienawidziłem, oczywiście nuty, nie nauczycielki. Miłość do nut objawiła się w drugiej klasie podstawówki, co zaowocowało z kolei pisaniem wszystkiego, co usłyszałem, nie ustając przy tym w graniu z pamięci. Ale już od siódmego roku życia uczyłem się regularnie gry na fortepianie.
I tak już zostało – szkoły muzyczne, doktorat, życie muzyczne, działalność artystyczna i pedagogiczna (63 lata pracy artystycznej i 57 pedagogicznej, w tym 53 lata na uczelni muzycznej w Warszawie).

J.W. – Pamięta Pan jakiś szczególny moment, bądź wydarzenie, kiedy pomyślał Pan, że muzyka może być nie tylko Pańską pasją, przyjemnym hobby, lecz czymś znacznie więcej – zawodem i źródłem utrzymania?

K.H. – Nigdy się nad tym nie zastanawiałem, muzyka mnie pochłaniała bez reszty a wchodzenie w zawód muzyka traktowałem jako coś naturalnego. Nigdy nie zapytałem ile zarobię, co może było błędem, ale taki właśnie byłem. Aktywność muzyczna, w każdej formie działalności była zawsze dla mnie najważniejsza, zarówno w muzyce tzw. poważnej, rozrywkowej, a także w folklorze. Jestem pianistą ale grałem również na gitarze, kilku instrumentach dętych, a nawet trochę śpiewałem.

J.W. – Pańska młodość (przełom lat 50-tych i 60-tych), okres kiedy człowiek najintensywniej chłonie otaczającą rzeczywistość i szuka w niej dla siebie miejsca, to był muzycznie niezwykle interesujący czas. Zarówno we współczesnej muzyce poważnej, jak i w jazzie, a także popie rodziły się nowe nurty. Rock’n’roll, free jazz, folk i blues zaczęły wypierać z mainstreamu stare, „grzeczne” melodie. Miles Davis, Presley, Dylan, The Beatles, Stonesi, a trochę później Hendrix, Joplin, The Doors, Led Zeppelin i Pink Floyd zrewolucjonizowali światowy rynek muzyczny. W polskiej muzyce w tamtych latach także wiele się zmieniło. Kto – jacy twórcy, wykonawcy, zespoły – najbardziej Pana wówczas inspirowali?

K.H. – Od dziecka słuchałem dużo muzyki i rzeczywiście miałem okazję śledzenia ewolucji w naszym ruchu, nazwijmy to piosenkowym, zarówno twórczym jak i wykonawczym. Ale też lubiłem słuchać i wykonywać piosenki okresu międzywojennego, ludowe, żołnierskie, legionowe, powstańcze i harcerskie i te aktualnie ukazujące się w radiu. Odpowiadając jednak na pytanie, powiem że z kompozytorów, którzy wtedy mi imponowali znajdzie się miejsce dla Władysława Szpilmana, Lucjana Kaszyckiego, Marka Sarta, Jerzego Wasowskiego i Jerzego Abratowskiego. W późniejszym czasie, kiedy zacząłem komponować niewątpliwie inspirowali mnie również: Katarzyna Gaertner, Czesław Niemen, Antoni Kopff, Piotr Figiel, Andrzej Korzyński, Seweryn Krajewski, Ryszard Poznakowski, Jarosław Kukulski, Andrzej Zieliński i Juliusz Loranc. Chciałbym dodać, że jestem muzykiem, który w każdym gatunku muzyki stara się szukać pozytywów i kiedy mi się nie podoba jakiś utwór, nie odrzucam go od razu, tylko staram się zrozumieć dlaczego się tak dzieje. Tak było m.in. z utworami zespołu „The Beatles”, którzy w jakiś sposób mnie denerwowali. Zacząłem te utwory analizować i zakochałem się w ich muzyce.

J.W. – Komponował Pan muzykę do tekstów wielu świetnych autorów. Z którym spośród nich najlepiej się Panu współpracowało?

K.H. – Tu odpowiem krótko – z Markiem Majewskim i Janem Jakubem Należytym – to wspaniali twórcy, a Marek z ogromnymi sukcesami i znakomitą pracą w Myśliborskich spotkaniach. Aktualnie współpracuję z Leonem Sękiem – poetą i autorem tekstów.

J.W. – Która sytuacja dla Pana jako kompozytora jest bardziej komfortowa; tworzenie muzyki do otrzymanego tekstu, czy skomponowanie melodii, do której ktoś potem dopisze słowa?

K.H. – Zawsze piszę muzykę do napisanych wcześniej słów. Potrafię skomponować muzykę bez słów, ale tekst po prostu mnie inspiruje do napisania muzyki najbardziej odpowiadającej jego treści. Jestem też dość wybredny i jeśli tekst mi nie odpowiada, po prostu nie zabieram się do pracy nad nim. Wybieram tylko takie teksty, które w trakcie czytania układają się same w muzykę. Wydaje mi się, że dzięki temu uzyskuję zamierzony i właściwy efekt artystyczny, uwypuklający treści zawarte w tekście. Jestem też bardzo krytyczny w stosunku do własnej twórczości i, jeśli mi się tylko wydaje, że znam napisany właśnie utwór, to go po prostu niszczę. Jako rzeczoznawca muzyczny ZaiKSu mam w „w głowie” tyle piosenek, że boję się popełnić plagiat, który często muszę wykazywać w twórczości innych kompozytorów. To wszystko powoduje, że na koncie mam tylko około stu utworów, kiedy są twórcy, którzy ich napisali nawet tysiąc.

J.W. – Jaki rodzaj twórczej aktywności sprawia Panu największą przyjemność, daje najwięcej satysfakcji – komponowanie (mniejszych, czy większych form muzycznych), aranżowanie, gra na jakimś instrumencie (niekoniecznie własnych kompozycji), czy może coś jeszcze innego?

K.H. – Bardzo lubię wykonywać na fortepianie utwory innych kompozytorów. Na warszawskim Uniwersytecie Muzycznym mam liczną grupę absolwentów i studentów, z którymi cyklicznie (niestety w okresie pandemii mamy przerwę) spotykamy się śpiewając najróżniejsze, wybierane losowo piosenki, do których daję fortepianową oprawę muzyczną. Zresztą przyzwyczajony jestem do grania, ponieważ od 1959 roku (większości czytelników jeszcze nie było na świecie) akompaniuję różnym wykonawcom – piosenkarzom i aktorom w spektaklach kabaretowych, koncertach i festiwalach. Dużo też aranżuję i lubię to robić. Opracowuję też muzykę ludową – ostatnio dla ZPiT PW napisałem Suitę Łemkowską, wcześniej Tańce Huculskie owacyjnie przyjmowane przez publiczność. Komponowanie i aranżowanie to jest mój fajny dodatek do mojej pracy artystycznej i pedagogicznej.

J.W. – Skąd (ewentualnie od kogo) dowiedział się Pan o myśliborskim „Spotkaniu Młodych Autorów i Kompozytorów” i jak wspomina Pan swoje wrażenia z pierwszego udziału w naszym „SMAKu” (wówczas ta impreza odbywała się pod nazwą „Spotkana Twórców i Wykonawców Piosenki Amatorskiej” „STiWPA” – przypis J.W.)?

K.H. – Jak już wspomniałem, do Myśliborza przyjechałem dopiero w roku 1982, ale pierwszy raz usłyszałem o myśliborskiej imprezie w roku 1980, czyli po drugiej StiWPie. Na różnych imprezach spotykałem się z jej założycielami – Elą Kuczyńską i Januszem Kondratowiczem oraz z wykonawcami, którzy szykowali się do uczestnictwa w III Spotkaniach. Na KRAMIE (Konfrontacje Ruchu Artystycznego Młodzieży), w jakiejś luźnej rozmowie zagadnął mnie znajomy muzyk z Gorzowa, Wiesio Hryniewski, czy nie pomógłbym jemu w opracowaniu śpiewnika z drugiej edycji myśliborskich zmagań. Zgodziłem się i tak, nieświadomie wszedłem w nurt tej, jak się okazało fantastycznej imprezy. Moje wejście w Spotkania stało się niespodziewanie. Na koniec warsztatów piosenkarskich w Lublińcu, które prowadziłem podeszła do mnie Ola Piękoś, która, jak się okazało, była dyrektorką MOKu i spytała mnie, czy może byłbym zainteresowany przyjazdem na Spotkania w charakterze konsultanta. Oczywiście odpowiedziałem na tę propozycję twierdząco i przy wsparciu mojego przyjaciela, Janusza Kondratowicza, zostałem zaproszony.
Mój „pierwszy raz” był nieco inny niż pozostałych konsultantów, bo nie brałem udziału w pracach jury, tylko w części warsztatowej. Mieszkałem też w internacie, razem z uczestnikami a wszyscy konsultanci mieszkali w zajeździe. Miało to swoje dobre i złe strony. Dobre, bo w trakcie warsztatów zaczęli przychodzić do mnie po porady uczestnicy z wszystkich grup a złe, bo konsultacje przenosiły się do internatu i powodowały, że chodziłem nie wyspany. To jednak dawało mi ogromną satysfakcję, że młodzi ludzie o wielkich ambicjach artystycznych chcieli właśnie rad. Za chwilę jednak zostałem kierownikiem muzycznym SMAKU (STiWPy) i tę funkcję pełniłem bardzo długo.

J.W. – Pomijając na chwilę aspekty artystyczne i muzyczne; jakie wrażenie w tym pierwszym kontakcie zrobił na Panu Myślibórz, budynek MOKu (XIII-wieczny klasztor dominikański – przypis J.W.) i sala widowiskowa?

K.H. – Myślibórz poznałem dużo wcześniej w trakcie mojej turystyki autostopowej. To jest wspaniałe miasto z wieloma zabytkowymi budowlami, ale w roku mojego pierwszego pobytu wyglądało na lekko zaniedbane. Bardzo duże wrażenie zrobiła na mnie siedziba MOKu w adaptowanym z wielkim smakiem, pięknym klasztorze, z dużą sceną w sali widowiskowej i dobrą akustyką. Oprócz ratusza i kościoła (oraz restauracji „Myśliborzanka” w rynku), bardzo mi się zawsze podobają bramy, szczególnie ta niedaleko hotelu Piast (chyba Nowogródzka), w której mieszkali wówczas organizatorzy i byłem tam na bardzo fajnej imprezce.
I jeszcze do tego to przepiękne Jezioro Myśliborskie oraz niezwykle oryginalny „dom-grzyb”.

J.W. – Czy może Pan wymienić wykonawców, którzy w prapoczątkach „SMAKu” (w okresie, kiedy kształtował się charakter i specyfika tej imprezy) szczególnie zapadli Panu w pamięć?

K.H. – Tu zdecydowanie mogę wymienić całe „Zagłębie Mieleckie” z Wieśkiem Jaroszem, Jurkiem Mamcarzem, Krzyśkiem Krzakiem i Andrzejem Ciachem, a nieco później Andrzejem Szęszołem, Zbyszkiem Maniakiem i Grzesiem Narowskim. Z innych, którzy zapadli mi w pamięć – na pewno „Ostatnia wieczerza w karczmie przeznaczonej do rozbiórki” z Bogusławem Diduchem i Mirosławem Czyżykiewiczem. Wspaniałe klimaty swoimi piosenkami tworzyli: Marek Majewski, Antoni Muracki, Lucjan Wesołowski, Jacek Łuczak, Sławomir Wolski, Zbigniew Zamachowski, Piotr Bakal, Beata Kowalska, Jan Jakub Należyty, Tomasz Kordeusz, Piotr Bukartyk, Andrzej Ciborski, Tomasz Opoka, Violetta Kozłowska i Mariusz Ejsmont. Oczywiście są to osoby, które pojawiły się do 83 roku. Z uwagą śledziłem coraz większe postępy Myśliborzanina, Piotra Siewruka. Później było też wielu ciekawych młodych twórców, amatorów, którzy wiele osiągnęli jako profesjonaliści. Chciałbym tu jednak przytoczyć jedno nazwisko człowieka, który prawdziwie pokochał Myślibórz. Jest to już nieżyjący Marek Sochacki. Wielu wspaniałych twórców i wykonawców przewinęło się przez Myślibórz, można by ich nazwiska wymieniać i wymieniać…

J.W. – A jeżeli zapytam o Tych, którzy są dla Pana najważniejsi (włącznie z jurorami, konsultantami i gwiazdami koncertów towarzyszących) w całej, ponad czterdziestoletniej historii „Spotkań”, jakie wymieni Pan nazwiska i nazwy?

K.H. – Dla mnie najważniejszą postacią SMAKu był Janusz Kondratowicz, wspaniały poeta i autor tekstów, z którym przyjaźniłem się od 1975 roku i wspólnie pracowaliśmy przy prawie wszystkich dużych ogólnopolskich imprezach, m in. OMPP, Debiuty opolskie, KRAM, Ogólnopolskie warsztaty piosenkarskie (Lubliniec, Otmuchów, Brzeg) i stanowiliśmy w nich nierozłączny tandem. I tak też było w Myśliborzu, gdzie Janusz pełnił funkcję kierownika artystycznego, ja muzycznego i w większości edycji pracowaliśmy razem jako konsultanci. Rozłączaliśmy się wtedy, kiedy trzeba było wprowadzić nowego konsultanta, lub gdy Janusz nie mógł przyjechać. Tak naprawdę to wszyscy jurorzy i konsultanci z czasów mojej bytności byli dla mnie zawsze bardzo ważni, ale szczególnie ceniłem sobie współpracę z Agnieszką Osiecką, Leszkiem Szopą i Markiem Majewskim, czy nawet bardzo kontrowersyjnym Andrzejem „Ibisem” Wróblewskim. Bardzo ciepło będę zawsze wspominał Ewę Rutkowską, wieloletniego dobrego ducha Spotkań i Leszka Bończuka – wspaniałego muzyka, który był na wszystkich edycjach imprezy i pełnił funkcję sekretarza jury, Bogdana Markowskiego – twórcę myśliborskich „Szczebli do Kariery” oraz Stefana Kowalskiego, wieloletniego dyrektora WDK w Gorzowie.
Nie jestem w stanie wypowiedzieć się na temat koncertów towarzyszących, ponieważ w większości były one świetne. Organizatorzy dokładali zawsze wszelkich starań, żeby to były ważne postaci polskiego życia artystycznego, zaś wszyscy występujący odwdzięczali się niezwykle wysokim poziomem wykonawczym, przyjmowanym z wielkiemu aplauzem przez znakomitą myśliborską publiczność.

J.W. – I, zamykając już wątek historyczno-artystyczny, czy jest jakieś „okołosmakowe” wydarzenie, bądź wydarzenia (niekoniecznie na scenie, ale na przykład w „Klubie Woja Myślibora”, zwanego wcześniej „Winiarnią”) które wywołuje/wywołują uśmiech na Pańskiej twarzy?

K.H. – Niewątpliwie ważnym wydarzeniem poza artystycznym były fantastyczne pierogi ruskie, przygotowywane przez Mamę Leszka Bończuka, na które co roku byliśmy zapraszani. Po jej odejściu rolę tę przejęli Państwo Buczyńscy. Przypomnę, że Krzysztof Buczyński był, do czasu ciężkiej choroby, która przykuła go do łóżka, niezwykle oddanym współpracownikiem SMAKu w zakresie audio i video i, z tego co pamiętam nawet jednym ze sponsorów.
Te mniej oficjalne spotkania w „Klubie Woja Myślibora” były zawsze piękne i zwariowane – wspólne śpiewanie w niesłychanym ścisku połączonym z procentami, bitwy – kto teraz ma grać i śpiewać były naprawdę urocze i trwały do białego rana. Niestety, nie zawsze mogłem uczestniczyć w tych imprezkach do ich zakończenia, ponieważ zawsze miałem pełne ręce roboty, jako kierownik muzyczny, a czasem też artystyczny, ale zawsze z przyjemnością, choć na krótką chwilę wpadałem, żeby poczuć tę niepowtarzalną, klubową atmosferę.

J.W. – Bywał Pan jurorem na wielu festiwalach muzycznych: warszawski festiwal „Moja Wolności” (co ciekawe również im. Jonasza Kofty), festiwale poświęcone piosenkom lat 60-tych i 70 tych, czy też Festiwal Piosenki Dziecięcej. Jak na ich tle sytuuje się myśliborski „SMAK”, czy można mówić o jakiejś jego szczególnej specyfice?

K.H. – Wspomniane tu festiwale są imprezami wykonawczymi, w których największą uwagę zwraca się na dobór repertuaru, walory głosowe, interpretację piosenki, osobowość wykonawcy i ogólne wrażenie artystyczne. SMAK od samego początku był pod tym względem imprezą inną, przede wszystkim o charakterze twórczym, z naciskiem położonym na warsztaty, na których oceniało się wartości artystyczne i treściowe utworów napisanych przez uczestników. Dyskutowało się o prezentowanej piosence i ewentualnie poprawiało się w niej pewne niedociągnięcia warsztatowe, pod okiem dwóch konsultantów – literackiego i muzycznego. Finałem spotkań warsztatowych było dopuszczenie najlepszych piosenek do koncertów, na których jurorzy oceniali ich wartość artystyczną, w drugiej kolejności zwracając uwagę na wykonanie. Jednak od kilku lat w SMAKu nastąpiło przeniesienie punktu ciężkości z działań twórczych na wykonawcze, co stanowi pewne zagrożenie dla utrzymania idei przyświecającej jej twórcom i zachowania tożsamości imprezy, bowiem nie jest to festiwal.
Gdzie te czasy, kiedy przychodziły tony zgłoszeń i Ja z Januszem Kondratowiczem godzinami dokonywaliśmy wyboru najlepszych lub ciekawych utworów. Teraz przyjmuje się wszystkich, którzy się zgłaszają. Warsztaty trwały od środy, ostatni koncert był w niedzielę. Praca z młodymi (czasami zupełnie dorosłymi) twórcami trwała dzięki temu dość długo. Teraz spotkania warsztatowe ograniczają się do piątkowych sesji, bo w sobotę są tylko próby i koncerty. To jest niezbyt dobra tendencja.

J.W. – W swojej bogatej, wieloletniej karierze muzycznej współpracował Pan także z teatrem i kabaretem. Wśród twórców, którzy „korzystali” z Pańskiej wiedzy i talentu, byli miedzy innymi – Olga Lipińska i Jan Pietrzak. Jak wspomina Pan tę współpracę?

K.H. – W tym miejscu małe sprostowanie: z Olgą Lipińską nigdy nie pracowałem, natomiast z Janem Pietrzakiem pracowałem w Egidzie 21 lat, przy czym 12 lat jako kierownik muzyczny i 9 jako współpracownik dochodzący, potrzebny w realizacji większych produkcji koncertowych i telewizyjnych oraz przy aranżacjach i nagraniach. Pracowałem tam z największymi twórcami kabaretowymi, aktorkami, aktorami, wokalistami i muzykami. Ta praca przyniosła mi dużo satysfakcji – ciekawi ludzie, bardzo dużo występów, kierownictwo muzyczne opolskich kabaretonów w latach 90-92, pełne amfiteatry i sale widowiskowe w czasie tras koncertowych. Wcześniej z Markiem Majewskim utworzyliśmy „Latający Teatrzyk Ulotka”, z autorskimi utworami Marka, w którym także zebrał się kwiat polskiego kabaretu. Potem jeszcze z Markiem realizowałem telewizyjną „Kabaretową Listę Przebojów”, w której brały udział prawie wszystkie gwiazdy ówczesnych kabaretów, zarówno twórcy jak i wykonawcy. Był też ponad roczny epizod ze śląskim kabaretem „Rak”, który zaowocował kilkoma moimi piosenkami. Wiele lat poświęciłem telewizyjnym programom dziecięcym i młodzieżowym, takim jak np.: Tęczowy Music Box, Na polską nutę, Polskie ABC… Współpracowałem też z Teatrami: Dramatycznym i Nowym. W Dramatycznym realizowałem muzycznie Kandyda, który choć był doskonale przygotowany i zrealizowany, został zdjęty przez cenzurę po trzech spektaklach, a był to rok 1981, przed uderzeniem ówczesnej władzy w „Solidarność” i społeczeństwo za sprawą stanu wojennego. Zresztą różnych, w całym kraju, występów z wieloma innymi wykonawcami było znacznie więcej i trudno byłoby je wszystkie opisywać.

J.W. – Nauczanie młodych ludzi (bardziej lub mniej uzdolnionych muzycznie), przekazywanie im swojej wiedzy, także należy do Pańskich doświadczeń zawodowych; zarówno na zajęciach Uniwersytetu Muzycznego im. Fryderyka Chopina w Warszawie, jak i podczas licznych Festiwali. Czy dobrze się Pan czuje w roli wykładowcy, mentora, przewodnika po niezwykłym świecie muzyki?

K.H. – W pracy pedagogicznej i popularyzatorskiej czuję się jak ryba w wodzie. Przekazywanie wiedzy uczniom i studentom, to raczej moja mocna strona. Bardzo dużo satysfakcji daje mi obserwacja efektów mojej pracy, kiedy moi studenci i absolwenci stają się wielkimi muzykami. Z żoną prowadzimy też ognisko muzyczne, gdzie prowadzę zajęcia z interpretacji piosenki i akompaniuję. Tu też cieszą postępy wielu uczniów w większości uczonych od zera. Mamy już szereg znaczących sukcesów w postaci nagród i wyróżnień w warszawskich i krajowych festiwalach, a niektórzy nasi uczniowie z powodzeniem dalej kształcą się muzycznie, również za granicą. Z piosenkarzami – amatorami pracuję od 1965 roku i zawsze sprawiają mi wielką satysfakcję postępy i nagrody, które otrzymują. Upływ czasu wcale mnie nie dotyka. Dalej pracuję na Uniwersytecie Muzycznym w Warszawie jako wykładowca i prowadzę liczne konsultacje muzyczne.

J.W. – Kolejna płaszczyzna Pańskiej aktywności to literatura, oczywiście związana z muzyką; jest Pan autorem, bądź współautorem kilku książek – „Sprzęt elektroakustyczny: zasady użytkowania”, „Śpiewnik Harcerski”, „Z Polską Rośniemy”. Z własnego doświadczenia wiem, że pisanie to czynność żmudna i często dosyć niewdzięczna. Jak to wygląda w Pańskim przypadku?

K.H. – Ta książka, która doczekała się dwóch wydań, była wynikiem mojej kilkuletniej pracy w Katedrze Akustyki ówczesnej PWSM. Przyznam, że była to żmudna praca, ale okazała się że potrzebna. Na wielu kursach, w tym kursach przygotowujących prezenterów dyskotek do egzaminów (trzeba było mieć wówczas ministerialne uprawnienia) była w latach 80-tych jeszcze przydatna. Aktualnie jest ona przestarzała, ponieważ współczesna elektroakustyka, (z wyjątkiem ogólnych zasad) przez błyskawicznie rozwijającą się elektronikę i technikę cyfrową zmieniła zupełnie aparaturę. Jako wieloletni pracownik dydaktyczno – naukowy mam oczywiście dużo więcej publikacji, ale to chyba nie jest miejsce na ich prezentację. Jeśli chodzi o śpiewniki, to ich było kilkanaście i były to śpiewniki wydawane przez MAW i COK, ale też WSiP. W większości z nich dokonywałem wyboru utworów i ich opracowań harmonicznych. Jako specjalista od harmonii (nauka o akordach) bardzo lubiłem opracowywać piosenki, czasem dodając do melodii niebanalne akordy. Przy okazji wspomnę, że większość myśliborskich śpiewników od 1983 roku była przygotowana przeze mnie.

J.W. – Podczas jubileuszowego 40. „SMAKu”, w ramach „Koncertu Dinozaurów” wystąpił Pan na scenie jako wykonawca. Towarzyszyła Panu małżonka oraz Beata Molak. Słuchałem Waszego tria z drugiego rzędu i zaświadczam, iż był to świetny występ. Czy lubi Pan występować przed publicznością, czy jednak woli Pan twórczą pracę w domowym zaciszu?

K.H. – Tak, lubię występować przed publicznością, a akompaniowanie na fortepianie jest moją codzienną pracą. Występowałem z zespołem towarzyszącym i często solo, jako akompaniator, na wielkich imprezach w amfiteatrach i salach widowiskowych, gdzie mieściło się po kilka tysięcy osób. Oczywiście odczuwałem tremę, ale tylko do momentu, kiedy zacząłem grać. Potem już wszystko szło dobrze. Przyznam też, że w amfiteatrze opolskim w czasie festiwali miałem czasem bardziej długotrwałą tremę, ponieważ w pierwszych rzędach zasiadali moi koledzy po fachu, tzw. „prześmiewcy”, przed którymi granie było poważnym egzaminem i powodowało większy stress niż przy zwykłych koncertach. Wracając do naszego występu w Myśliborzu od razu dodam, że zarówno Wanda jak i Beata są dobrymi, zawodowymi piosenkarkami, nie pomijając faktu, że obie były moimi muzycznymi wychowankami, następnie ukończyły wokalistykę, więc potrafimy ze sobą współpracować, a w czasie koncertów rozumiemy się bardzo dobrze. Praca w domowym zaciszu jest przede wszystkim pracą twórczą. Komponowanie piosenek, pisanie aranżacji i ich nagrywanie (często wykonywane na syntezatorze), ale też przygotowywanie materiałów i pomocy dydaktycznych wymaga skupienia i to mi też odpowiada, choć lubię wykonywać te pracę wieczorem, do późnej nocy, bo wtedy najbardziej się skupiam i nic nie rozprasza mojej uwagi.

J.W. – Czy zdarza się Panu komponować na zamówienie i pod presją czasu; wiem, że niektórych twórców taka sytuacja mobilizuje. Jak to wygląda u Pana?

K.H. – Kilka razy zdarzyło mi się skomponować utwory, tzw. na wczoraj. Bardzo nie lubię tego robić, szczególnie gdy tekst nie do końca mi odpowiada, a nie wypada mi odmówić. Na początku lat dziewięćdziesiątych był taki program telewizyjny „Kabaretowa lista przebojów”, pomysłu Marka Majewskiego z moim dużym udziałem. W tym programie była taka część, mianowicie trzeba było napisać piosenki „pięciominutówki”, gdzie byli losowani: autor tekstu, kompozytor i wykonawca. To była szalona sprawa i pyszna zabawa. Ja raz wylosowałem Marię Czubaszek i Jacka Borkowskiego, za drugim razem Tadeusza Rossa i Dorotę Kamińską. Obie piosenki wyszły świetnie, mimo wielkiej presji czasowej. Wolę jednak pracować w spokoju.

J.W. – Jakiej muzyki słucha Pan dla przyjemności, przy czym się Pan najchętniej relaksuje?

K.H. – Dla przyjemności słucham przede wszystkim szeroko rozumianej muzyki poważnej, najczęściej utworów Bacha, Mozarta i Beethovena, Chopina, Debussye’go i Rachmaninowa. Lubię również standardy jazzowe w różnych wykonaniach, a niewątpliwie relaks mi sprawia muzyka rozrywkowa, w tym polska i zagraniczna muzyka lat 70-tych i 80-tych.

J.W. – Ma Pan jakieś pozamuzyczne hobby, zainteresowania, zdolności…jakiś swój sposób na przyjemne spędzanie czasu z dala od muzyki?

K.H. – Dawniej to była turystyka górska, ale też nizinna i zwiedzanie miast. To skończyło się wraz z moimi problemami z sercem. Obecnie pozostaje mi oglądanie imprez sportowych – lekkoatletyki, piłki nożnej, skoków narciarskich i siatkówki.
Z przyjemnością oddaję resztę swojego czasu moim wspaniałym wnukom: Mateuszowi i Łukaszowi.

J.W. – W 2019 roku otrzymał Pan z rąk Burmistrza Piotra Sobolewskiego symboliczny „Klucz do Bram Myśliborza”, więc może Pan do nas przyjeżdżać, kiedy tylko Pan zechce (jeżeli chodzi o nas – oby jak najczęściej); w związku z tym mam nadzieję , że zobaczymy się w październiku podczas najbliższego 41. „SMAKu”.

K.H. –Tego, czy mogę do Myśliborza przyjeżdżać kiedy tylko będę chciał, nie mogę być pewny, ponieważ klucz był tylko pewnym symbolem, który z zakończeniem 40. SMAKu utracił swą magiczną moc zapraszania mnie do tego pięknego Miasta. Co do mojej obecności na kolejnym SMAKu powiem, że ta decyzja nie ode mnie zależy, choć byłoby mi bardzo miło być zaproszonym. Skoro poruszamy ten watek, dodam, że mimo zasług i ogromnego wkładu pracy, który zawsze wnosiłem, kiedy innym nie starczało sił, w pewnym okresie nie z własnej woli nie przyjeżdżałem na SMAK, lecz z powodów ode mnie niezależnych – tak to pozwolę sobie eufemistyczne ująć. Czy powinno się drugi raz wchodzić do tej samej rzeki?

J.W. – Serdecznie dziękuję za rozmowę i poświęcony czas. W imieniu „załogi” MOKu życzę wszystkiego dobrego i do zobaczenia.

K.H. – To ja dziękuję za zaproszenie mnie do „myśliborskiej spowiedzi”, która sprawiła mi przyjemność i przywołała dobre duchy przeszłości. Pozdrawiam Pracowników MOKu i wszystkich pamiętających mnie Szanownych Mieszkańców Myśliborza. Być może do zobaczenia.

(Krzysztof Heering został zaproszony w charakterze jurora na 41. edycję „SMAKu”, która odbędzie się w terminie 20 – 22 października i zaproszenie to przyjął – przypis Jacek Włosek)

 

Skip to content