Naszym kolejnym rozmówcą w cyklu „Myślibórz – Punkt na Mapie, Miejsce w Sercu” jest:

Adam Hrycaniuk – Myśliborzanin, jeden z najlepszych polskich koszykarzy, występujący na pozycji „środkowego”, reprezentant kraju, siedmiokrotny Mistrz Polski, trzykrotny zdobywca Pucharu Polski, dwukrotny zdobywca Superpucharu Polski, ćwierćfinalista Euroligi, trzykrotny uczestnik Mistrzostw Europy, uczestnik Mistrzostw świata (rewelacyjne ósme miejsce), grał w drużynach – „Spójni Stargard”, „Asseco Prokom Sopot”, „Stelmetu Zielona Góra”, „Arki Gdynia”, a także w amerykańskich drużynach uniwersyteckich; Barton County, Trinity Valley Community College, University of Cincinnati.
Rocznik 1984.
Wzrost – 206 cm.
Pseudonim sportowy – „Bestia”.

Jacek Włosek (MOK) – Dziękuję Ci, że znalazłeś „chwilę” na tę rozmowę.

Adam Hrycaniuk – Nie było łatwo. W ostatnich dniach treningi i mecze zajmowały mi sporo czasu, a tę odrobinę wolnego, która zostawała starałem się poświęcić rodzinie. Ale dziś mam trochę „luzu”, więc możemy porozmawiać.

J.W. – Jak wspominasz dzieciństwo i okres, kiedy byłeś nastolatkiem tutaj w Myśliborzu?

A.H. – Koniec lat 80-tych i pierwsza połowa 90-tych to były zupełnie inne czasy, niż teraz. Dzieciaki i młodzież nie siedziały ciągle przy laptopach, smartfonach i innych elektronicznych wynalazkach. Całe popołudnia, a w wakacje całe dnie spędzaliśmy na osiedlowych podwórkach, na szkolnych boiskach. Jak się tylko odrobiło lekcje, pędziło się na dwór. Najczęściej graliśmy w piłkę nożną, dużo też jeździłem na rowerze.

J.W. – A koszykówka?

A.H. – Trochę później. Koszykarskiego bakcyla „złapałem” w czwartej klasie podstawówki na lekcjach w-f, to była połowa lat 90-tych. Po szkole graliśmy najczęściej na asfaltowym boisku „starej trójki” (obecnie Zespół Szkół przy ul. Strzeleckiej – przypis J.W.), albo na Stadionie Miejskim, też na asfalcie. Niejedną parę trampek zdarłem na tych asfaltowych boiskach. To były fajne czasy; sport, nauka i zabawa – tylko to się liczyło.

J.W. – Miałeś jakichś koszykarskich idoli?

A.H. – Jasne. Michael Jordan był wtedy – zresztą jest do dzisiaj – absolutnie wyjątkowym zawodnikiem. To co wyprawiał na parkiecie było niewiarygodne. Patrząc na Niego, odnosiło się wrażenie, że grawitacja Go nie dotyczy. Wszyscy Go uwielbialiśmy. Był dla nas idolem i wzorem sportowca. To był czas, kiedy telewizja zaczęła pokazywać Mecze NBA, ja byłem fanem „Chicago Bulls”. Oglądaliśmy amerykańskie rozgrywki, a potem biegliśmy na boisko. Natomiast takimi „mniejszymi”, lokalnymi idolami byli dla mnie także niektórzy starsi koledzy potrafiący już na boisku to, co jeszcze wtedy było poza moim zasięgiem.

J.W. – Jakieś pierwsze koszykarskie sukcesy w podstawówce? Czy już wtedy myślałeś, że możesz grać profesjonalnie?

A.H. – W tym wieku jeszcze się o tym nie myśli. W każdym razie ja nie myślałem. Koszykówka była dla mnie wówczas tylko – i aż – zabawą, frajdą, sposobem na rozładowanie nadmiaru energii. Oczywiście każdy z nas fantazjował – jak to dzieciaki – że gra jak Jordan. Ale to były tylko marzenia. Konkretnych sportowych planów wtedy jeszcze nie miałem.

J.W. – Jak trafiłeś do „Spójni Stargard” i czy był to dla Ciebie ważny okres?

A.H. – Bardzo ważny. Do Stargardu wyjechałem w wieku 15 lat i to był mój pierwszy krok – jeszcze niewielki, ale niezwykle istotny – na drodze do zawodowstwa. Uczyłem się tam w szkole średniej i jednocześnie trenowałem. Te treningi były bardzo intensywne – odbywały się codziennie, a w późniejszym okresie nawet dwa razy dziennie. Najpierw grałem w kadrze „kadetów”, potem przeszedłem do „juniorów młodszych” i dosyć szybko do „juniorów starszych”. Warto powiedzieć, że wtedy „Spójnia” miała świetne młodzieżowe zespoły – potrafiliśmy wygrywać z najlepszymi w kraju, czego efektem były zdobywane Mistrzostwa Polski. W wieku 18 lat zadebiutowałem w pierwszym zespole „Spójni Stargard”.

J.W. – W 2004 roku wyjechałeś grać do USA. Jak do tego doszło?

A.H. – Amerykańscy trenerzy uznali, że warto mnie tam „ściągnąć”.

J.W. – Poproszę o więcej szczegółów. Jestem pewien, że naszych czytelników to zainteresuje.

A.H. – Na mój wyjazd do Stanów złożyło się kilka czynników.
Podczas naszego ligowego meczu ze „Śląskiem Wrocław” zawodnicy byli obserwowani przez amerykańskich trenerów. Musiałem na nich zrobić nienajgorsze wrażenie, skoro zostałem wytypowany jako jeden z tych, którzy mogliby tam grać. Sprowadzaniem polskich zawodników do USA zajmował się wtedy były koszykarz – Marek Zieliński. Warto tutaj jeszcze wspomnieć o obozie „Polish Shootout” również obserwowanym przez Amerykanów, po zakończeniu którego otrzymałem stypendium od uczelni „Barton County”. Tak więc zaraz po maturze rozpoczęła się moja amerykańska „przygoda”. Potem zmieniłem uczelnię na „Trinity Valley Community College”, a następnie na „University of Cincinnati”, gdzie grałem dwa lata i zostałem zauważony przez Ligę, w wyniku czego wybrano mnie do składu „All-Region”. Tak to wygląda w dużym skrócie. Natomiast w rzeczywistości był to dla mnie niesamowicie intensywny i pracowity okres, wymagający funkcjonowania na najwyższych „obrotach”. Nauka, treningi i mecze wypełniały cały mój czas.

J.W. – Jakie, z punktu widzenia zawodnika, są różnice pomiędzy Polską, a Stanami w podejściu do koszykówki i warunków jej profesjonalnego uprawiania?

A.H. – Spore. Wynikają z tego, że USA to kraj znacznie bogatszy od Polski, a koszykówka jako najpopularniejsza tam dyscyplina jest traktowana bardzo poważnie. W Stanach jest znaczne więcej hal sportowych, niż u nas i są praktycznie cały czas otwarte, podobnie jak siłownie i sale ćwiczeń. Sprzęt sportowy, który się tam znajduje jest bardzo nowoczesny i łatwo dostępny. Lotnicze przeloty charterowe na mecze są typowym sposobem podróżowania nie tylko w NBA, ale także w Lidze Uniwersyteckiej. Poza tym poziom tych uniwersyteckich zespołów – które są zapleczem dla NBA – jest na ogół wyższy, niż poziom polskich drużyn ligowych.

J.W. – Wracając ze Stanów do kraju czułeś się lepszym koszykarzem?

A.H. – Oczywiście. Zdobyłem tam masę doświadczeń. Zresztą nie tylko koszykarskich. To była świetna szkoła życia. Pomijając aspekt czysto sportowy, skończyłem dobry amerykański uniwersytet.

J.W. – Na grę w której polskiej drużynie zdecydowałeś się po powrocie?

A.H. – Wtedy „Asseco Prokom Sopot” reprezentował bardzo wysoki poziom. Ale, żeby dołączyć do tej drużyny musiałem – pomimo amerykańskich doświadczeń – „zaliczyć” tygodniową obserwację, podczas której dokładnie zweryfikowano moje koszykarskie umiejętności. Weryfikacja wypadła pomyślnie. Spędziłem w Sopocie pięć lat. O tym jak dobra to była drużyna, najlepiej może świadczyć fakt, że w czasie tych pięciu lat zdobyliśmy cztery tytuły Mistrza Polski. Ale nie tylko sportowo „Prokom” prezentował się doskonale, również organizacyjnie wszystko było tam świetnie „poukładane”. Bardzo miło wspominam ten „sopocki okres”.

J.W. – Dlaczego w takim razie po pięciu latach przeniosłeś się do Zielonej Góry?

A.H. – Wiesz, tak to już w życiu jest – zresztą nie tylko w życiu sportowca – że coś się kończy i zaczyna się coś nowego. „Stelmet” zdobył właśnie Mistrzostwo Polski, kiedy zadzwonił mój agent z wiadomością, że chcą mnie zaangażować. Po przemyśleniu wszystkich „za” i „przeciw”, podjąłem decyzję o przeprowadzce do Zielonej Góry.

J.W. – Grałeś tam sześć lat, zdobywając z tą drużyną trzy tytuły Mistrza Polski. Wygląda na to, że Hrycaniuk w zespole to gwarancja Mistrzostwa Kraju?

A.H. – Bez przesady…

J.W. – Nie bądź taki skromny…

A.H. – Powiedzmy, że miałem także trochę szczęścia…ono zawsze się przydaje.

J.W. – A jak pozasportowo wspominasz „okres zielonogórski”?

A.H. – Tam się ożeniłem ze wspaniałą kobietą i tam urodziła się moja cudowna córeczka. Czy muszę mówić coś więcej…Zielona Góra na zawsze już pozostanie dla mnie ważnym miejscem na Ziemi.

J.W. – W 2010 roku zadebiutowałeś w Reprezentacji Polski i szybko stałeś się jednym z jej filarów. Często byłeś nazywany „zawodnikiem od czarnej roboty na boisku”, tym, który zbiera piłki z tablicy i od którego przeciwnicy odbijają się jak od ściany. Kadra Narodowa to „kawał” Twego sportowego życia, nie zadam Ci więc na ten obszerny temat żadnego konkretnego pytania, poproszę jedynie, żebyś powiedział, jakie są Twoje najważniejsze skojarzenia po usłyszeniu hasła – „Reprezentacja Polski w Koszykówce”.

A.H. – Sporo jest tych skojarzeń. W 2010 roku byłem jednym z zawodników w naszej Lidze branych pod uwagę jako potencjalny reprezentant kraju. Byłem uważnie obserwowany i w wyniku przeprowadzonej selekcji trafiłem w końcu do naszej kadry. Nie muszę chyba dodawać, że gra z „orzełkiem” na piersi była moim marzeniem, od kiedy tylko zacząłem poważne treningi. No i w końcu to marzenie się spełniło. W czasie mojej gry w reprezentacji zmieniali się trenerzy i nie każdy z nich widział w niej dla mnie miejsce, więc zdarzały się także okresy kiedy nie byłem powoływany. Wiem, że brzmi to banalnie, ponieważ wszyscy to powtarzają i nie będę tutaj oryginalny, ale tak po prostu jest – reprezentowanie kraju to największe wyróżnienie dla każdego sportowca.

J.W. – Z którym z trenerów kadry najlepiej Ci się współpracowało?

A.H. – Zdecydowanie z Mike’m Taylor’em. Objął reprezentację w styczniu 2014 roku i pracował z nią do września 2021 – z nim odnosiliśmy największe sukcesy. To świetny trener, doskonale się z nim „dogadywałem”.

J.W. – Które ze swoich sportowych osiągnięć uważasz za największe?

A.H. – Trudno powiedzieć, ponieważ wszystkie są ważne i każde z nich w trochę inny sposób. Zawsze najbardziej cieszy to, które właśnie się odnosi, bo jest „najświeższe”. Zdarza się tu i teraz. Każde Mistrzostwo Polski, Każdy Puchar Polski to wielka satysfakcja i ogromna sportowa frajda. Ale gdybym musiał wymienić jedną imprezę i jeden mecz – byłyby to Mistrzostwa Świata 2019 w Chinach. Ósme miejsce. Graliśmy jak równy z równym z najlepszymi na świecie. Nasze zwycięstwo z jednym z faworytów całego championatu, gospodarzami – Chińczykami, którzy mieli w zespole świetnych graczy z NBA – było wielką sensacją. Dla nich to był szok i narodowa tragedia. Nigdy wcześniej nie widziałem tak zrozpaczonych zawodników i kibiców. Wielu płakało.

J.W. – Zebrałeś na tych mistrzostwach doskonałe „recenzje”. Pisano, że bez Twojej twardej gry w obronie, ten sukces byłby niemożliwy. Przeciwnicy – w tym także gwiazdy NBA – nie mieli z Tobą łatwego życia.

A.H. – Takie miałem zadanie. Wszyscy daliśmy z siebie maksimum.

J.W. – „Bestia”. Kto i kiedy wymyślił Ci taki „uroczy” pseudonim boiskowy?

A.H. – (śmiech) Kiedy grałem w Sopocie, zdarzało nam się rywalizować dosyć ostro jeden na jednego z Ronnie’m Burrell’em. To twardy gość. Wiadomo jak to między facetami – szczególnie kiedy są młodzi i zadziorni – zawsze w takich sytuacjach próbują sobie udowadniać, kto jest lepszy. No i „trochę” go sponiewierałem; oczywiście wszystko w ramach sportowej rywalizacji. Właśnie wtedy tak mnie nazwał. No i zostałem „Bestią”. Krótko mówiąc Ronnie Burrell jest autorem mojej boiskowej ksywy.

J.W. – Czy po tylu latach mecze i treningi sprawiają Ci jeszcze przyjemność?

A.H. – Tak. Ciągle jeszcze potrafię cieszyć się koszykówką. Oby jak najdłużej.

J.W. – Nie jesteś już juniorem. 15 marca kończysz 38 lat. Jak sądzisz, ile sezonów gry jeszcze przed Tobą?

A.H. – Mam nadzieję, że jeszcze kilka. Poważne kontuzje do tej pory – odpukać – mnie omijały, a to bardzo ważne, dobrze się czuję, a gra, o czym już wspominałem, ciągle daje mi dużo radości.

J.W. – Jakie miałbyś rady dla młodego, rozpoczynającego wyczynową karierę koszykarza, gdyby Cię o takie rady poprosił?

A.H. – Przede wszystkim nie można się poddawać, kiedy zdarzają się takie czy inne przeciwności (a jakieś zawsze się zdarzą) , bardzo ważna jest konsekwencja, wytrwałe dążenie do wyznaczonego celu. Spośród różnych możliwości – jeżeli się pojawią – warto wybierać te, które będą najkorzystniejsze w dłuższej perspektywie czasowej. Teraz tych możliwości jest więcej, niż wówczas kiedy ja zaczynałem grać. Warto też korzystać z rad i pomocy starszych, bardziej doświadczonych zawodników, trenerów, nauczycieli, opiekunów.

J.W. – Największa, Twoim zdaniem, korzyść wynikająca z wyczynowego uprawiania sportu?

A.H. – Jest ich wiele. Przede wszystkim jednak sport kształtuje charakter.

J.W. – Jak często przyjeżdżasz do Myśliborza?

A.H. – Kilka razy do roku. Odwiedzam rodzinę, spotykam się ze „starymi” kumplami, z którymi utrzymuję kontakty od dzieciństwa. Lubię Myślibórz, lubię tu przyjeżdżać.

J.W. – Po sześciu latach w Zielonej Górze, znów wróciłeś na wybrzeże. Twój aktualny klub to „Arka Gdynia”. Jak się tam czujesz?

A.H. – Bardzo dobrze. Wybrałem ten klub zarówno ze względów sportowych, ale także życiowych.

J.W. – Jak się relaksujesz w czasie wolnym od meczów i treningów?

A.H. – Sporo czytam, najchętniej biografie. Słucham muzyki – klasycznego rocka i „RNB”. Staram się także śledzić bieżące wydarzenia polityczne i społeczne. Chociaż to ostatnie nie jest zbyt relaksujące.

J.W. – Ulubieni wykonawcy muzyczni?

A.H. – Kings of Leon, Phil Collins, Guns’n’Roses, Tracy Chapman.

J.W. – A spośród naszych krajowych?

A.H. – Dawid Podsiadło.

J.W. – W takim razie, jeżeli Dawid wystąpi kiedyś na którejś z imprez organizowanych przez MOK, dam Ci znać i zarezerwuję najlepsze miejsce na widowni. Wyczerpałem listę pytań, było mi bardzo miło. Dziękuję Ci za poświęcony czas i życzę wszystkiego dobrego.

A.H. – Dziękuję. Pozdrowienia dla załogi MOKu.

 

Skip to content